W IMIĘ KOKI

In the name of coca

reżyser: Jawad Rhaleb

film dokumentalny, Belgia, 1999, 52 min.

Koka. Dla jednych "święta roślina obrzędowa", dla innych "diabelskie ziele". Dziś znalazła sie w tyglu polityczno - gospodarczych interesów.

Koka. Święta roślina Inków, która służyła im jako środek płatniczy. Indianie Tiwanako używali jej w celach spożywczych i obrzędowych. Boliwijczycy traktują kokę nie tylko jako bogactwo kulturowe swojego kraju, ale i lekarstwo. Od niepamiętnych czasów leczą nią chorobę wysokościową, zmęczenie, przeziębienia i choroby płuc.

Koka i przemysł narkotykowy przynoszą boliwijskiej gospodarce minimum 650 milionów $ zysków rocznie. W 1994 roku tamtejszy rząd wspierany przez Stany Zjednoczone, czyli "El gringo" rozpoczął wojnę antynarkotykową. Postanowiono zniszczyć 38.000 hektarów plantacji koki. Zaproponowano rolnikom "rozwój alternatywny", czyli subwencje za każdy zniszczony hektar plantacji koki i przekształcony na uprawy eksportowe np. ananasów lub bananów. Akcja zakończyła się fiaskiem, ponieważ zostało zainwestowane tylko 10% z 270 milionów $ budżetu oraz brakowało zewnętrznych rynków zbytu. Chłopi zostali zmuszeni do sprzedaży swoich zbiorów wzdłuż drogi wiodącej do Cochabamby. Pomimo tego rząd postanowił, że od 1998 roku niszczenie upraw koki jest przymusowe i nie będzie udzielał pomocy finansowej rolnikom, którzy nie włączyli się do programu do końca 1997 roku. Nie wszyscy zaakceptowali rządowe ultimatum. Polała się krew. W 1998 roku zginęło 6 żołnierzy i 12 rolników.

Region Chapare w sercu Niziny Boliwijskiej, rajski obszar, którego największym bogactwem jest przyroda, stał się terenem brutalnych starć między wojskiem a "cocaleros" - przeciwników programu niszczenia upraw koki. Rolnicy utrzymywali się z ok. czterech zbiorów rocznie. Mówią, że cena zbytu ananasów i bananów jest śmiesznie niska, a pomarańcze i mandarynki usychają. Są w stanie wyżyć jedynie z koki. Uważają, że liście spożywane są w sposób tradycyjny i nie służą do produkcji kokainy, a handlarzy narkotyków należy szukać wśród "białych kołnierzyków". Dlatego protestują przeciwko "alternatywnemu rozwojowi".

"Cocaleros" noszą mundury i wyglądają jak żołnierze, aby nikt ich nie poznał. Osiewają niedostępne tereny w puszczy amazońskiej, do których z braku odpowiednich dróg nie można dotrzeć ciężarówkami. Te ukryte plantacje koki kontrolują boliwijskie siły zbrojne. Dziennie są w stanie zniszczyć od 2 do 3 hektarów. Pracują do drugiej po południu przez cały tydzień, oprócz poniedziałków. Są wyposażone w czołgi i helikoptery, z których ostrzeliwują chłopów, gdy dochodzi do walk. Chłopi natomiast posiadają broń jeszcze z czasów wojny o Chaco - rzucają w żołnierzy dynamitem lub rozmieszczają pułapki - materiały wybuchowe domowej roboty.

Walczyć z koką czy bronić dawnych wartości kulturowych? Oto dylemat, przed którym stoi Boliwia.

Najbliższe emisje

Reklama