Welcome To Hebron
film dokumentalny, Szwecja/Izrael/Palestyna, 2007, 55 min.
Leila Sarsour ma 17 lat. Na co dzień komunikuje się z przyjaciółmi przez internet, słucha muzyki Jima Hendrixa, a w drodze do szkoły znosi ataki izraelskich osadników. Właśnie tak wygląda codzienność palestyńskiej nastolatki z Hebronu.
Hebron to jedno z większych miast na Zachodnim Brzegu Jordanu. Mieszka w nim 150 tysięcy Palestyńczyków, 600 żydowskich osadników i potężny wojskowy garnizon mający strzec tych drugich przed autochtonami. Poruszając się po rodzinnym mieście, Leila musi liczyć się z kontrolami przez uzbrojonych żołnierzy. Dziewczyna ma już dość życia pod okupacją. Ambitna i oczytana, marzy o studiach w Egipcie, przełamaniu stereotypu arabskiej kobiety i o zaprowadzeniu pokoju w miejscu, które zna tylko terror i represje.Porażający film. Ukazuje w pełni jak traktowani są Palestyńczycy. Wygląda na to, że żydzi w/g dewizy TKM (Teraz K... MY) przejęli hitlerowskie ideały i zaadaptowali je na swoje potrzeby. Ale co tam, wpływowa mniejszość w USA, potężny segment rynku filmowego i prasy sprawiają, że to oni są w mniemaniu większości świata ofiarami.
Obejrzyj ten film, żeby przekonać się na własne oczy jak jest naprawdę.
Niepojętym jest dla mnie stopień dyskryminacji, niesprawiedliwość jaka spotyka tych ludzi... Najbardziej jednak poraża totalny brak wyrzutów sumienia, ze strony większości Żydów, którzy traktują Palestyńczyków nawet nie jak bydło a jak karaluchy.
Film fantastyczny. Włos mi się jeżył, jak go oglądałam. Kiedyś Żydzi zamykani byli w gettach, teraz to oni zamykają w nich innych - Palestyńczyków. Sami uważają się za rasę nadludzi? Wszystko im wolno, bo tacy są biedni... Żal mi Żydów, ale tych, którzy żyli kiedyś.
W podobnym tonie konflikt ten (jeśli tak to można nazwać) opisany jest przez Kapuścińskiego w książce "Chrystus z karabinem na ramieniu". Polecam.
A film obejrzę jeszcze raz.
Faszyzm w czystej postaci w zydowskim wydaniu. Ironia losu, rechot historii. Mam nadzieje, ze ekipa filmowa bezpiecznie dotarla do domow, bo np. pewien dziennikarz BBC mial, nazwijmy to delikatnie, mniej szczescia...