"Gdyby mi ktoś 60 lat temu, gdy stałem skulony na placu apelowym KL Auschwitz, powiedział, że będę miał przyjaciół Niemców, obywateli demokratycznego i zaprzyjaźnionego kraju, to bym powiedział, że to wariat."
To jedno zdanie Władysława Bartoszewskiego znakomicie podsumowuje bogaty i tragiczny życiorys 79-letniego dziś warszawiaka. Początek jego dorosłego życia przypadł na okres wojny. W 1940 roku jako jeden z tysięcy ludzi trafił do obozu w Oświęcimu, gdzie przydzielono mu numer 4427 i literę "P", oznaczającą więźnia politycznego. Tam, przyglądając się okrucieństwu nazistów, zrozumiał paraliżującą siłę strachu. Z pomocą PCK wiosną 1941 roku opuścił obóz i niemal od razu zaciągnął się do AK. Jako żołnierz stronił od walki zbrojnej i zaangażował się w pomoc Żydom. Powstanie Warszawskie przeżył w Śródmieściu, pracując przy radiostacji. Po wojnie pracował w wydawanej przez PSL Stanisława Mikołajczyka "Gazecie Ludowej". Jednak koniec wojny nie przyniósł Bartoszewskiemu spokoju. W 1946 roku został aresztowany przez władzę ludową.